piątek, 15 czerwca 2012

WIELKA CEREMONIA KOSMICZNA

To nie był sen. To była wizja na jawie w środku nocy. Siedzieliśmy przy ogniu z przyjaciółmi. Siedzieliśmy w ciszy. To było jak medytacja. Ta wizja trwała bardzo długo i miała swoje różne etapy. 

Wszyscy przygotowujemy się do wielkiej kosmicznej ceremonii. Do tej ceremonii przygotowują się wszystkie planety i księżyce naszego układ słonecznego, wszystkie słońca, cała galaktyka, a może i wszystkie galaktyki... To będzie ceremonia połączenia ŚWIADOMOŚCI. Wszystko ze wszystkim się połączy, a każda istota w kosmosie, w tym również każda istota ludzka będzie mogła doświadczyć tego połączenia ŚWIADOMOŚCI.  Wszystkie nasze dusze, w każdym ciele, w każdej formie połączą się ze sobą i będą miały możliwość wymienić się "swoimi doświadczeniami" z CAŁOŚCIĄ. To będzie coś, jak jeden ogromny akt kosmicznego połączenia i zanurzenia Całości wraz ze  wszystkimi jej najdrobniejszymi częściami w KOSMICZNYM OCEANIE WSZECHOGARNIAJĄCEJ MIŁOŚCI... 

I wiem, że będzie to czas, kiedy wszystkie istoty będą mogły przypomnieć sobie wszystko, co zakryte jest przed nimi zasłoną NIE-ŚWIADOMOŚCI.  Nie wiem, czy wszyscy tego doznają, wiem, że nie wszyscy to zapamiętają.

... i jeszcze coś kojarzyło mi się, że to nastąpi po Powrocie Bogini...  

W trakcie tej wizji  zaczęły wydobywać się ze mnie dziwne dźwięki. Czułam, że płyną z mojego serca i wypełniają całe moje ciało i wypływają we wszystkich kierunkach gdzieś w kosmos. Mój przyjaciel zaczął grać na mandolinie. Wiedziałam, że dźwięki ze sobą cudownie zaczynają współbrzmieć, te tutaj i te w kosmosie. Poczułam ogromny przepływ energii. Byłam skupiona i skoncentrowana maksymalnie na tych dźwiękach, ich wibracji. Czułam je całą sobą. Słyszałam dźwięki bębnów płynące i odbijające się echem z głębi kosmosu...

I że będzie to miało miejsce za jakieś 30-40 lat... (?)


Nad ranem dowiedziałam się, że mój przyjaciel w pewnym momencie, kiedy zaczął grać na mandolinie, zaczął stroić struny w mandolinie próbując dostroić jej brzmienie do dźwięków, które wydawałam z siebie albo które raczej przeze mnie przepływały.

środa, 13 czerwca 2012

SEN O DZIWNEJ PLANECIE



Znalazłam się na innej planecie. “Wylądowałam” w górach, bardzo wysoko. Te góry miały przedziwną strukturę, wierzchołki wiły się jak węże, były bardzo wysokie i strome, a po bokach były głębokie doły. Ale niektóre wierzchołki wiły się coraz niżej w dół i można było po nich zejść. To, co było jeszcze bardziej zaskakujące, owa wijąca się linia szczytowa schodząca w dół była bardzo kolorowa i te wierzchołki -”ścieżki” były utworzone przez kolorową mozaikę z kamieni szlachetnych, z przewagą zieleni seledynowej, niebieskiego oraz granatu… Schodziłam po takiej “ścieżce” do jakiejś krainy położonej niżej na wyżynie…

Na tej planecie żyło bardzo wiele gatunków istot ludzko-podobnych: były tam istoty podobne do elfów, do goliatów - olbrzymy, podobne do skrzatów, ale wszystkie mieszkały w innych, oddzielonych od siebie obszarach. Pamiętam, że trudno było im wzajemnie się rozumieć. Gdzieniegdzie wybuchały konflikty lokalne pomiędzy różnymi "gatunkami". Trafiłam do krainy istot, które miały może około metra wysokości. Żyły w osadach położonych na obrzeżach lasu, ogrodzonych płotami z bali. Byłam tam z jakąś drugą kobietą. Gdy się zbliżałyśmy do osady, przed bramą stało kilka istot bardzo nieufnych początkowo. A my szłyśmy powoli wysyłając miłość z naszych serc przed siebie. Gdy podeszłyśmy, istoty te długo przyglądały się nam. Wreszcie jedna z nich się do nas "odezwała" i powiedziała, że czekali na nas, choć na początku nie byli ufni, ponieważ mają sporo konfliktów z innymi "gatunkami" humanoidów, które nie zawsze mają pokojowe zamiary wobec nich. 

Zostałyśmy zaproszone do osady i przyjęte z wielką życzliwością, chociaż nadal ze sporym dystansem. Okazało się, że oni wiedzieli o tym, iż kiedyś przyjdą do ich osady dwie kobiety z plemienia ludzkiego, które pomogą im w uzdrawianiu. I tak właśnie się stało - razem z moją towarzyszką zajęłyśmy się najpierw uzdrawianiem tych istot, które były najbardziej chore. Potem jeszcze uczyłyśmy ich jakichś rzeczy, które miały im pomóc, pokazałyśmy pewne zioła, z których mieli sami korzystać. Pracy miałyśmy bardzo dużo... 

Było jeszcze coś dziwnego, coś bardzo różnego od tego, co na Ziemi. Otóż dzień i noc. Spędziłam tu i tam sporo czasu na tej planecie ii wydawało się, że naprawdę dużo już czasu upłynęło, a wciąż był dzień… Na tej planecie dzień trwał bardzo długo – pół drogi (obrotu) tej planety wokół Słońca. Gdy się obudziłam, przypomniałam sobie, że chyba tak jest na Wenus. 
I sprawdziłam:
“Planeta ta potrzebuje 225 dni ziemskich na okrążenie Słońca, od którego znajduje się w odległości 108 mln kilometrów, i aż 243 dni na pełny obrót dookoła własnej osi czyli z pośród wszystkich planet Wenus obraca się najwolniej. Sprawia to, że wenusjańska doba czyli prawie 177dób ziemskich jest dłuższa niż wenusjański rok.“ - z Wikipedii.

Te kolory”ścieżek” z mojego snu kojarzą mi się z tym bursztynem zielonym 


z chryzoprazami










i jeszcze z jakimiś: niebieskim i granatowym kamieniem… chyba lapis lazuli 



poniedziałek, 21 maja 2012

ŁAGODNE PRZEBIEGUNOWANIE I CO NAJMNIEJ TRZY DNI ŚWIATŁA

W ciągu dnia (tak około godziny jedenaste-dwunastej) poczułam nagle nieodpartą potrzebę położenia się. Po prostu nagle poczułam, że muszę sie położyć. I tak zrobiłam. Zasnęłam i miałam piękny SEN O ŁAGODNYM PRZEBIEGUNOWANIU ZIEMI.


Siedziałam w ogrodzie na fotelu. A dzien za dniem mijały w bardzo szybkim tempie. Obserwowaam, jak Słonce wschodzi po mojej lewej stronie, ja w południe "wisi" przede mną wysoko, prawie nad moją glową i zachodzi po mojej prawej stronie. Po kilku dniach zauważyłam, że Słońce znów wzeszło z lewej strony, ale w południe znalazło się tuż nad moją głową i zaszło po prawej stronie. Następnego dnia znów Słonce wzeszło po lewej stronie, ale w południe znalazło się nad moja głową, lekko z tyłu. i zaszło tak samo, po prawej stronie. Natomiast  na następny dzien, wzeszło tak samo, na wschodzie, ale w południe, żebym mogła patrzeć na Słońce, musiałam przesunąć fotel o 180 stopni. Tak zrobiłam. Usiadłam i stare południe miałam za sobą, a starą północ przed sobą... i widziałam Słońce przede mną, prawie nad moją głową. Tym razem jednak Słonce zaszło po mojej lewej stronie... Zrozumiałam, że zmieniły się w ten sposób dla mnie kierunki północy i południa... Kolejny dzień: siedzę tak samo (już odwrócona twarzą do tego zmienionego południa) i słonce wschodzi tak samo, jak dotychczas, na wschodzie, ale to czy to jest wschód, skoro zmieniły się kierunki południa i północy…? wschód, skoro z tej strony wschodzi słońce…


Jeszcze zobaczyłam, jak Ziemia obracając się wokół własnej osi, lekko przechyla swoją oś północną w kierunku słońca. Nie przestaje wirować, lecz ustawia się jakby osią - południowym biegunem magnetycznym w kierunku Słońca (na północy, według oficjalnych ustaleń znajduje się POŁUDNIOWY BIEGUN MAGNETYCZNY). Teraz ruch Ziemi wokół osi jest zupełnie inny niż zazwyczaj...

W konsekwencji tego zjawiska, w pewnym momencie na jednej półkuli jest kilka dni jasności, a na drugiej kilka dni ciemności... Potem Ziemia kontynuuje swój ruch przechylania swojej osi, aż w pewnym momencie oś Ziemi nie przekręca się dalej, zatrzymuje się w nowym ustalonym miejscu. Teraz Ziemia, mimo że wciąż kontynuuje swój ruch wokół osi i wokół Słońca, ma zmienioną pozycję: jej dotychczasowy biegun północny - (GEOGRAFICZNY) znajduje się bardziej na południu, a dotychczasowy biegun południowy - na północy. 

Sama jestem zdziwiona tym snem.

sobota, 19 maja 2012

PATRZENIE I WIDZENIE

Umiałam latać. Byłam gdzieś, gdzie było dużo ludzi i zaczęłam rozmawiać z jedną kobietą, która bardzo chciała coś zmienić w swoich życiu i chciała uzdrowienia. Przekazywałam jej swoją wiedzę, opowiadałam, jak można uwolnić w sobie strach, ból, cierpienia i pokazałam jej, do czego to może prowadzić. Zaczęłam latać w powietrzu - lewitować kontynuując rozmowę z nią. Ona patrzyła na mnie, jakby mnie nie widziała. Śmiała się i powiedziała, że też by tak chciała...

Potem rozmawiałam z innymi ludźmi. I też im o czymś opowiadałam. Kobieta, z którą rozmawiałam wcześnie podeszła do nas i słuchała. Opowiadałam o uzdrawianiu, uwalnianiu, o wolności. Zwróciłam się do tej kobiety i z uśmiechem powiedziałam: Ty widziałaś, jak można latać, prawda? A ona ze smutkiem na twarzy patrzyła na mnie. Długo milczała, aż wreszcie powiedziała: nie pamiętam. Chyba nie widziałam...
Mówiła prawdę. Kiedy latałam przed nią, ona PATRZYŁA, ale NIE WIDZIAŁA. 



Może skrzydlate istoty kobiety takie jak: Lilith i Izis są symbolami tej świadomości, która "umie latać"... czyli nie tylko PATRZY, ale także WIDZI rzeczy i sytuacje, jakimi one są naprawdę, a nie jakimi nam się wydają być... One widzą, ponieważ ich wzrok przenika przez mgłę zasłony Zamglonego Lustra...







czwartek, 17 maja 2012

BOMBA i POKÓJ

Łąka. 



Jestem z piesą Karuną na spacerze. Nagle w dali, między koronami drzew zobaczyłam ogień wybuchającej bomby i usłyszałam jakiś dziwny dźwięk. Usiadłam na trawie. Obok Karuna. Powiedziałam do niej w myślach: spokojnie. 

Przeleciała mi przez głowę myśl, że jeśli to jest bomba atomowa, to nas przeniknie fala, a my znikniemy. Zwróciłam się do swojego wnętrza i ... skupienie, koncentracja...
Istnienie jest wieczne, nieskończone... Jestem wolnością, jestem miłością, jestem ufnością i obfitością...
Klik.

Znów jestem w innym miejscu, na podwórzu przed jakimś domem. I znów widzę wybuch i słyszę ten sam dziwny dźwięk. Znów siadam na trawie, zwracam się do swojego wnętrza. Skupienie i koncentracja... I obudziłam się.


A może ten rozbłysk był jakimś wybuchem Słońca?

sobota, 5 maja 2012

MEDYTACJA W CENTRUM SŁONCA

To właściwie wizja w medytacji...



Znalazłam się we wnętrzu Słońca. W samym centrum. Byłam bardzo skupiona, skoncentrowana, właściwie to... zogniskowana. Miałam połączenie z Łonem Galatyki - Słońcem, którego wnętrze, podobnie, jak naszego jest Ciemne. Nie wiedziałam, w którym Słońcu JESTEM, czy tym "naszym" czy Galaktycznym Łonie, ale czuł.am je jakby pulsowały naprzemiennie... Czułam przepływającą przeze mnie energię o różnych częstotliwosciach. Wokół mnie krążyła energia podobna do Wielkiej Trąby Powietrznej, która zbierala z Przestrzeni różne... "stare śmieci", wzorce myślowe, idee, przekonania i "nasiona"...   Czułam wielka obfitość Jej zawartości. Czułam, jak tę Trąbę tworzą cztery wiatry płynące z czterech kierunków i zawijające się i łączące się spiralnie ze sobą w Trąbie. Zwężona - najcieńsza część Trąby powietrznej kończyła się we mnie. Czułam miłość, najpiękniejszą ze wszystkich "boskich" kreacji. To była ewidentnie żeńska, Pramatczyna energia. Czułam, jak to wszystko, co zbiera Trąba, transformuje się we mnie na najczystszą miłość wszechogarniającą. Czułam nieskończony przepływ miłości i światła, które nie miało blasku. Czułam w sobie, stwarzałam w sobie i wokół siebie Przestrzeń połączenia z nieskończonym przepływem miłości. Promieniowała ze mnie energia, która na obrzeżach kuli, w której się znajdowałam, wybuchała blaskiem ognia. Ten ogień był ewidentnie męską energią, energią Ojca.

Doświadczałam ogromnej, intensywnej Transformacji. Moje ciało wibrowało dźwiękami i zaczęłam śpiewać. Nigdy wcześniej nie wydawałam z siebie takich dźwięków. Zrozumiałam i czułam energię, jaką podwójna Istota Słoneczna dostarcza dla Ziemi i innych planet, jak tworzy i płodzi życie. Doświadczałam totalnej ufności i wdzięczności. Energia Słońca dawała Przebudzenie nowego zrozumienia.

Czułam jak nasze Słońce łączy się ze Słońcem Galaktycznym - sercem, centrum naszej Galaktyki. Pulsowały oba, a ja raz byłam w jednym, a raz w drugim. I czułam chwilami, jakbym w obu była jednocześnie...

Przyszła do mnie pieśń...
Yum, Yum, Yum, Yumeni, WI-SAN... (łi-san)



sobota, 7 stycznia 2012

SPIRALNA MANDALA Z PŁATKÓW


Robiłam na jakąś ceremonię czy medytację ołtarz - maskę Ziemi. Chciałam zrobić z zaznaczeniem czterech kierunków i kolorów oraz świetym centrum. Miałam cztery kolory kwiatow. Te kwiaty były spore i płatki miały jak duże róże. Zdjęlam płatki kwiatów i zaczęłam układać te płatki w tęczową spiralę. Zaczełam chyba od czerwonego, potem żólty, potem… zielony liść, następnie biały płatek i fioletow-różowy… i znów, czerwony, żóły, zielony, biały i fioletoworóżowy… Z tej wielkiej spirali utworzyła się piękna mandala…

Dokładnie pamietałam ten sen i po kilku dniach zrobiłam taką mandalę z prawdziwych kwiatow… była piękna.

dopisek:
I zaczęłam potem robić takie mandale, a potem jeszcze inne: