niedziela, 24 stycznia 2016

WYJŚCIE Z MROKU


I znów przyjmowałam w śnieniu bardzo mocne energie o bardzo intensywnych wibracjach, a one ciele, poprzez ciało rozluźniały się i zmieniały się wibracje tych energii. Zmiana, transformacja kolejnych wibracji.

wtorek, 29 grudnia 2015

KIM JESTEŚMY?



jesteśmy tym, 
w co wierzymy...

słowa...

kiedy przestajemy używać pewnych słów 
w myślach i w mowie, 
nasz sposób odczuwania - istnienia
ulega wielkim zmianom.

środa, 5 sierpnia 2015

KOBYŁA I ŁANIA...

Dwa sny śnione w odległości ponad miesiąca, ale mające ze sobą wiele wspólnego...

25.06.2015
Szłam ulicą małego miasteczka . Szłam tuż przy chodniku, który znajdował się po mojej prawej stronie. Mały ruch, ludzi na ulicy nie było. Upalny dzień. Zobaczyłam przed sobą leżącego na ulicy, tuż przy chodniku po prawej stronie konia. klik.

Szłam tym chodnikiem, który wcześniej znajdował się po mojej prawej stronie  i  tym razem zobaczyłam kobyłę leżącą  na chodniku. Z boku za chodnikiem znajdowała się spora przestrzeń zarośnięta trawą. Tam obok kobyły leżały dwa małe źrebaki. Zbliżyłam się do nich. Kobyła przed chwilą urodziła dwa źrebiątka i cała trójka leżała wykończona tym aktem narodzin. Pogłaskałam z czułością leżącą kobyłę i zbliżyłam się do mniejszego źrebaka. Jego także pogłaskałam czule. Spojrzałam na kobyłę - w tym moim spojrzeniu na nią było pytanie:
- Czy mogę pomóc?
- Tak - odebrałam jej odpowiedź.
Delikatnie wsunęłam ręce pod tylne nogi źrebaka i pomogłam mu wstać. Źrebak utrzymał się na nogach i stał. Przyszły mi myśli:
- Co dalej mogę zrobić? Czy ktoś mógłby mi pomóc?
I przypomniałam sobie, że szef firmy, w której pracuję, ma stadninę koni.
- Może do niego powinnam zadzwonić, on przecież na pewno ma kontakty do weterynarzy...?
I obudziłam się. 

Po obudzeniu się z tego śnienia, zrozumiałam, że nie mogłam pomóc kobyle i źrebakom, ponieważ nie zaufałam sobie, nie zaufałam jeszcze całkowicie w swoje połączenie, nie otworzyłam się na możliwość udzielenia wsparcia w całkowitym zaufaniu w wewnętrzne prowadzenie...

Potem zapomniałam o tym śnie aż tu nagle... kolejny sen...

30.07.2015
Zima. Patrzę przez okno i widzę, że na ulicach dużego miasta spadł śnieg, dużo śniegu. Śniegiem zasypane ulice i auta. Wieczór lub noc. Światło latarń lub Księżyca oświetla przestrzeń, więc mimo nocy jest dosyć jasno. Jacyś mężczyźni przesuwają odśnieżony samochód pchając go z dosyć sporą prędkością. Dużo przy tym zabawy mają. klik.

Jadę samochodem z jakimiś ludźmi. Kierowcą jest kobieta. Jedziemy wolno, bo ulica jeszcze nie odśnieżona. Wygląda na to, że jest wieczór, światło takie samo jak wcześniej, ale ruch na ulicy i na chodniku jak "w godzinach szczytu". Nagle zatrzymaliśmy się, ponieważ coś stuknęło w samochód. Kobieta prowadząca samochód wyszła na zewnątrz, by sprawdzić, co to było. Wróciła i powiedziała, że to róg jelonka stuknął o samochód. Zaczęłam się rozglądać. Na chodniku spostrzegłam spory tłumek ludzi otaczający łanię stojącą do mnie tyłem. Nie wiem, jak to możliwe, bo dzieliła nas spora odległość, ale zobaczyłam, że z jej pochwy wystaje maleńki róg jelonka. 

Wyszłam z samochodu, podeszłam do łani. Jej sierść i zad były czarne i błyszczały srebrzyście mieniąc się tęczowo-opalizująco w świetle latarń lub Księżyca. Czułam wielkie napięcie i spory niepokój, a może nawet strach łani. Wiedziałam, że łania rodzi, ale ma jakieś problemy. Pogłaskałam ją i poczułam przyzwolenie, zaproszenie, aby jej pomóc. Zaczęłam delikatnie, masować jej zad i okolice pochwy. Wiedziałam jak to robić, wiedziałam, jakiej pomocy łania potrzebuje i jak mogę to zrobić. Łania trochę się uspokoiła. Jej wagina zaczęła się powoli rozszerzać. Masowałam ją dalej, aż zaczął wyłaniać się łepek jelonka. Do tej pory łania stała, ale nagle osunęła się na ziemię zginając przednie nogi. Czułam, że łania potrzebuje innej pomocy. Uchwyciłam ją za zad i zaczęłam rozchylać jej "miednicę". Usłyszałam, jak łania wydała z siebie dźwięk aprobaty i wdzięczności. 

Koziołek wychodził... a między jego przednimi nóżkami pojawił się łepek małej sarenki. Stanowczo, ale też z wyczuciem trzymałam łanię w tym "rozwarciu". Kiedy koziołek i sarenka zaczęły razem wychodzić z pochwy, usłyszałam kolejny dźwięk - stęknięcie łani, który był informacją, że czas już, by poluzować ten uchwyt. Tak zrobiłam. Koziołek wyszedł cały, a teraz rodziła się sarenka...

W świetle widziałam czarną sierść łani. Jej wagina także była koloru czarnego. A nawet koziołek i sarenka. A sama łania... była bardzo duża, bardziej wyglądała na łosicę niż sarnę. Pomogłam jej urodzić bliźniaki: koziołka i sarenkę.

Poprosiłam stojących wokół ludzi, żeby zostawili zwierzaki w spokoju i pozwolili im odpocząć . 
- Gdy odpoczną, odejdą sobie tam, gdzie mają pójść. - powiedziałam.
I rzeczywiście, ludzie przyjęli te słowa ze zrozumieniem. Część stała nadal, a część się rozeszła...

Nie wiem, czy w tym śnie byłam człowiekiem, nie wiem w jakiej formie byłam w tym śnie... Jakbym była trochę bezosobowa...

08.08.2015

http://www.ifish.net/board/showthread.php?t=383248&highlight=black+doe



poniedziałek, 27 lipca 2015

PRZEBUDZENIE RYCERZA

23. lipca w górach Słonnych...

Nawet nieco zabawna wizja... w znacznie poszerzonym stanie świadomego śnienia na jawie...
Zobaczyłam fallusa, który kiedyś został "odcięty", a teraz na powrót scalił się z moim ciałem. I w tym momencie stałam się rycerzem (skojarzenie z "pasowaniem na rycerza"). Poczułam bardzo silną energię, piękną i potężną, wzmacniającą mnie - moją kobiecość oraz "krystaliczność" (?) tego, co "mam do zrobienia"... co ma się przejawić... Nastąpiła pełnia połączenia Animy i Animusa w mojej wewnętrznej Przestrzeni.

I odczuwam coraz pełniejszą harmonię Animy i Animusa w sobie... I coraz większą MIŁOŚĆ i ZROZUMIENIE w SOBIE... i wolność, także wobec innych - cząstek SIEBIE jako Całości, Jedni...

Dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję... 
hejano hej nej joł łej...




Dla Przebudzonego Rycerza nie ma nic obraźliwego w czynach bliźnich. Może zostać zraniony, ale nigdy urażony...

MAGICZNE SKOKI

17. lipca

Latałam robiąc "magiczne skoki". Ich magia polegała na tym, że ruch odbywał się w spowolniony sposób, a przestrzeń zaginała się i odkształcała wtedy, gdy wykonywałam te skoki. W ten sposób przekazywałam ludziom pewną wiedzę, ale nie wszyscy jeszcze byli gotowi na jej przyjęcie i zrozumienie. W zasadzie to jeszcze mało kto był gotowy...

- By skoczyć w nieznane, musisz mieć śmiałość, czyste serce i czysty umysł... Tylko z nimi zdołasz wytłumaczyć sobie i innym skarby, które być może znajdziesz w innych światach w świadomym śnieniu.

- Nie istnieje taki rytuał, który mógłby kogoś oczyścić. Oczyszczenie pochodzi z wewnątrz. To osobisty, samotny (samodzielny) proces. Choć pomagają nam w nim się "osadzić" różni sprzymierzeńcy i przewodnicy.

- W świecie śniących świadomie- świadomych podróży do innych, równoległych światów - istnieje coś jak pewna bariera, której strzegą różni strażnicy (sprzymierzeńcy), a którzy nie dopuszczają do tego świata bojaźliwych i nieprzygotowanych dusz. Potrzeba ogromnej odwagi, siły w sensie energii, by tę barierę przekroczyć. Ci strażnicy to różnego rodzaju "potwory": smoki, różne istoty demoniczne albo anielskie, które oczywiście są tylko bezosobową energią - wibracjami energii. I tylko my sami, poprzez nasze lęki przekształcamy te energie czasami w różnego rodzaju "piekielne" stwory-potwory. (spotkanie ze strażnikami).

- Odejście zwykłego "ja-ego", to najtrudniejsze i najważniejsze, co można zrobić, aby zacząć śnić świadomie. Śniąc świadomie na jawie mamy dostęp do wiedzy bezpośredniej - Milczącej Wiedzy.

- Spotkanie z cieniem to droga do pełni.

- "Bojaźliwe dusze" śnią sny innych dusz. I są tego nieświadome.

- Zaufanie do procesów zachodzących w stanach podwyższonej świadomości a także w snach oraz otwarcie na rozpoznawanie ich znaczenia, to podstawa naszego rozwoju...

- Moje "ciało energetyczne" jest wieczne i nieskończone...

NIESKAZITELNI RYCERZE I ZMORA

16/17 lipca

Sen 2.
Jechałam samochodem i w pewnym momencie w pośladek uszczypnęła mnie Zmora. Trochę mnie to zaskoczyło, ale śmiałam się z tego, że robi mi takie żarty.

Jechałam dalej i dojechałam do miejsca na skraju lasu, gdzie stał maleńki domek. Mieszkał w nim młody mężczyzna Strażnik lasu. Siedzieliśmy sobie przed jego chatką i obserwowaliśmy las...(...)
Otrzymałam informację, że część ludzi, która jest na to gotowa, łączy się nie tylko świadomie, ale także zaczyna w równoległej rzeczywistości integrować się ze swoimi "zwierzętami mocy".

Sen 3.
Dotarłam do innej części lasu, za którym widziałam trawiaste stepy lub sawannę. Z lasu wychodzili ludzie bardzo kolorowo ubrani; przeważały kolory pomarańczowe i różowe jako tła dla różnokolorowych geometrycznych wzorów. Ci ludzie wyglądali pięknie, ale wyczuwałam w nich napięcie i niepokój. Wiedziałam, że uciekają przed Zmorą... Przeszłam w inną stroną, gdzie znajdowała się mała osada. Klik.

Siedziałam na ziemi. Na przeciw mnie siedziała piękna kobieta o długich falujących blond włosach. Wiedziałam, że jest kimś w rodzaju wiedzmy - mądrej kobiety z wiedzą, która w tej społeczności pełniła ważną funkcję. Spojrzałam na swoją klatkę piersiową i spostrzegłam na sobie coś jak srebrzystą kolczugę - widziałam jej fragment połyskujący delikatnie na lewej piersi, ale zdecydowanie bardziej męskiej niż kobiecej. Po mojej lewej stronie leżał krótki mieczyk, który - co dziwne - wcale nie miał ostrza. Nie można by nim niczego przeciąć ani nikogo zranić. Delikatnie przykryłem go trawą. Odrobinę dalej, wzdłuż leżących bali drewnianych lub desek leżał dużo większy, srebrzyście połyskujący miecz. Przesunąłem go delikatnie głębiej pod deski, żeby nie budził w ludziach lęku. Ten miecz także nie był ani do cięcia ani do zabijania. Był... symbolicznym przedmiotem.

Do mnie i siedzącej na wprost kobiety wiedzmy podszedł mężczyzna i usiadł przy nas. Zaczęliśmy rozmowę o "kolorowych ludziach". Mężczyzna ten powiedział, że ludzie ci uciekali przed Zmorą. Wypowiedział nawet imię, jakie ci ludzie nadali owej Zmorze i dodał, że uciekali oni ze strachu przed nią bojąc się, że przyniesie im śmierć. 
- I tak ich dopadnie, prędzej czy później - dodał.

- Mnie też w drodze do was zmora "dopadła" i... uszczypnęła w pośladek - powiedziałem.
Mężczyzna zaśmiał się, wstał i nas opuścił.

Spytałem siedzącą kobietę, co według niej należałoby zrobić w obliczu śmierci?
- Różne rzeczy można zrobić. - powiedziała śmiejąc się i dodała: - A według ciebie? 
- Przyjąć śmierć z miłością w sercu i z ufnością.
Kobieta wyglądała na zaskoczoną:
- No tak, ale wtedy ten, kto zadaje śmierć, wie o tym, że przyjmujemy ją w taki sposób. - odpowiedziała, jakby to miało jakieś znaczenie i świadczyło o "słabości" wobec śmierci lub tego, kto ją "zadaje".
- A jakie to ma znaczenie w obliczu śmierci? - zapytałem z pokorą. - I co innego można zrobić?
- Różnie... można zastosować magiczne triki - odpowiedziała, ale w tym samym momencie zastygła w zamyśleniu. Po dłuższej chwili dodała:
- Tak, przyjęcie śmierci z miłością w sercu coś bardzo zmienia... to najprostszy sposób, by przejść przez bramę śmierci dalej... inaczej się pozostaje w "zaklętym kole".

Kiedy skończyliśmy rozmowę, kobieta wstała i odeszła. Siedziałem sam na skraju osady. Było cicho i spokojnie. Po chwili usłyszałem jak ludzie z tej osady zostali okrążeni... przez Zmorę(?) Nie panikowali. Część z nich biegała coś krzycząc, ale w rezultacie wszyscy zebrali się w środku osady. Zostali okrążeni przez "czarno-srebrzystych rycerzy". Nie widziałem tego, ale wiedziałem. Wiedziałem również, że tych wszystkich ludzi z osady czeka śmierć. Klik.

Podszedł do mnie i przykucnął na wprost piękny mężczyzna - czarny rycerz.
- Ty nie jesteś stąd - bardziej stwierdził niż zapytał.
- Nie. Przybyłem tu w odwiedziny, w "gościnę".
Rycerz uśmiechnął się szerokim uśmiechem:
- Jest z tobą ktoś jeszcze?
- Tak, Karuna - odpowiedziałem mając na myśli piesę, której fizycznie przy mnie nie było.
- Co znaczy karuna? - zapytał.
- Miłość wszechogarniająca - odpowiedziałem i na tym skończył się nasz słowny dialog.
W tym momencie poczułam, że wzajemnie się przeniknęliśmy i zrozumiałam, co obaj robimy...
On był/jest z grupy "czarnych rycerzy" świadomych i nieskazitelnych przynoszących śmierć dla tych, co są gotowi na przyjęcie jej w nieskazitelny sposób. A ja byłam - jestem srebrzysto-szmaragdowym rycerzem-strażnikiem pewnej wiedzy dzielącym się nią z tymi, którzy na jej przyjęcie są gotowi. Wiedziałem, że kobieta, z którą przed chwilą rozmawiałem, umarła i przyjęła śmierć z miłością i ufnością, co pozwoli jej z większą świadomością wejść do kolejnego świata, kolejnej formy istnienia.
I że zdołała podzielić się tą wiedzą z innymi członkami tej społeczności.

Mężczyzna, który przejawił się jako ten czarny rycerz, uśmiechał się tak szczerym uśmiechem, jakby był kwintesencją tego uśmiechu... uśmiechu zrozumienia.

Po przebudzeniu miałam odczucie, że w tych dwóch snach przejawił się Animus zintegrowany(lub integrujący się we mnie poprzez to śnienie) z Animą czyli w pełni świadomy swoich różnych nieskazitelnych przejawów.

I pojawiło się skojarzenie - przypomnienie o Rycerzu, którego widziałam jako małe dziecko. Miałam wtedy około 4-5 lat i bawiąc się na wsi przy bramie prowadzącej do domu dziadków spojrzałam w niebo i zobaczyłam w górze, na niebie ogromną, bo zajmującą niemal jedną czwartą widzianego wtedy przeze mnie nieba, postać Archanioła Michała...  w zbroi i z wielkim mieczem w dłoniach... Czy to rzeczywiście to był miecz? Czy widziałam wtedy miecz? Czy może miecz był "nakładką kościelnych obrazów" na coś innego? Było to jednak głębokie, bardzo mocne i bardzo "realne" przeżycie, doświadczenie.



_________

Znalezione moim "Senniku":
"Od chwili narodzin do wieńczących proces życia:rozwiniętej samoświadomości i dojrzałości przechodzimy ewolucję naszej tożsamości. Aby rozwój ten zachodził w naturalny sposób, musimy przeżywać konfrontację ze śmiercią i odrodzeniem w chwili przemiany na każdym etapie życia np. z niemowlęcia w dziecko, z dziecka w dziewczynę lub młodzieńca, następnie w dorosłość i starość. Wskutek lęku przed bólem czy cierpieniem nie może być nam dana pełnia przeżyć.
Możemy nigdy nie zauważyć, że stanowimy część jednego, wielkiego organizmu. Ale nasze sny często symbolicznie to obrazują." W ten sposób przypominają nam o wiecznym aspekcie procesu życia i możliwościach osobistego rozwoju oraz zmian prowadzących do kolejnego odrodzenia."

"Sztuka życia jest sztuką umierania"... I o tym wiedzę przekazuje Tybetańska Księga Umarłych, która nie jest księgą dla umarłych, lecz dla żywych, którzy wchodzą w poszerzone stany świadomości, podobnie jak to się dzieje po śmierci fizycznej. To samo dzieje się w snach - często w śnieniu wchodzimy w stany poszerzonej świadomości, ale gdy się budzimy, to zazwyczaj(?) nie pamiętamy o tym, że w snach znajdujemy się w stanach zmienionej lub poszerzonej świadomości. Nie pamiętamy, ponieważ jesteśmy zbyt przywiązani do wielu przekonań i rządzi nami nasze ego o skostniałej i mocno ograniczonej świadomości.

A zakres naszej świadomości jest nieskończony, więc otwartość i ufność na procesy, których doświadczamy wchodząc w stany poszerzonej świadomości są niezbędne, żeby nie tylko w nich wytrwać - utrzymać się, ale również, by nas wzbogacały, rozwijały i pomagały nam w praktyce dnia codziennego stawać się coraz bardziej świadomymi.

Każde przyszłe istnienie jest zależne od tego, jaki mamy stosunek do śmierci i jakie są nasze wibracje...

___________

Kiedy po przebudzeniu opowiadałam ten sen Magdzie, powiedziałam, że kojarzy mi się on z "przebudzeniem śpiących rycerzy". Wtedy Magda mnie zapytała: a kim są "śpiący rycerze"? Odpowiedziałam, że są strażnikami...


FALLUSOWY KAMIEŃ

Na początku lipca znalazłam kamień w strumieniu. Piękny, dziwny kamień, który przypominał mi tłuczek do moździerza... i wzięłam go ze sobą. 

Po powrocie rozpakowywałam się, położyłam kamień na stole. Leżał, a ja nie zwracałam na niego zbytniej uwagi. Zostawiłam w domu i znów wyjechałam na kilka dni - prowadziłam warsztat dla kobiet integracji Animy i Animusa. Kiedy wróciłam do domu i spojrzałam na leżący na stole kamień dostrzegłam na tym kamieniu wyraźne linie, które podkreślały jego symboliczne znaczenie jako fallusa. I zdałam sobie sprawę, że mam oto przed sobą "swojego fallusa".

Wówczas 15. lipca miałam pierwsze śnienie z kamieniem...
Śniłam kilka snów, w których byłam mężczyzną. Doświadczałam bycia mężczyzną w różnych sytuacjach i rozpoznawałam energię i naturę "męskich" wzorców myślenia i działania np.:
- widziałam, co powoduje przekonanie o sile, mocy mężczyzny z powodu posiadania fallusa.
- obserwowałam i uczestniczyłem w różnych sytuacjach, w których mężczyźni prowadzą między sobą walkę i gry oszukując siebie wzajemnie i raniąc tylko po to, by wykazać się swoją wyższością (sprytem, inteligencją, fizyczną sprawnością itp.) nad innymi. W ten sposób rywalizując ze sobą i walcząc o zwycięstwo...

Wzorce, które przejawiały się w tych snach to wzorce ze "strefy" Animusa odciętego od Animy, który chce nad nią "panować", górować... Te wszystkie wzorce, które się przejawiały były do przyjęcia przeze mnie i zintegrowania w wewnętrznej Przestrzeni. Doświadczałam niesamowitej magii pozwalającej mi na rozpoznawanie natury Animusa i integrowanie go z wewnętrzną Animą.

- Jeśli chcesz wyjść z koła sansary, zintegruj w sobie wszystkie wzorce ze wszystkich "sześciu światów" sansary. Przyjmując je w siebie, niejako doświadczając świadomie skutków tych wzorców w swojej wewnętrznej Przestrzeni transformujesz je... w MIŁOŚĆ i zrozumienie. 
"A zrozumienie prowadzi do wyzwolenia" - cytat z Tybetańskiej Księgi Bardo.
Dokładnie to samo dotyczy tzw. matrixa.