sobota, 19 maja 2012

PATRZENIE I WIDZENIE

Umiałam latać. Byłam gdzieś, gdzie było dużo ludzi i zaczęłam rozmawiać z jedną kobietą, która bardzo chciała coś zmienić w swoich życiu i chciała uzdrowienia. Przekazywałam jej swoją wiedzę, opowiadałam, jak można uwolnić w sobie strach, ból, cierpienia i pokazałam jej, do czego to może prowadzić. Zaczęłam latać w powietrzu - lewitować kontynuując rozmowę z nią. Ona patrzyła na mnie, jakby mnie nie widziała. Śmiała się i powiedziała, że też by tak chciała...

Potem rozmawiałam z innymi ludźmi. I też im o czymś opowiadałam. Kobieta, z którą rozmawiałam wcześnie podeszła do nas i słuchała. Opowiadałam o uzdrawianiu, uwalnianiu, o wolności. Zwróciłam się do tej kobiety i z uśmiechem powiedziałam: Ty widziałaś, jak można latać, prawda? A ona ze smutkiem na twarzy patrzyła na mnie. Długo milczała, aż wreszcie powiedziała: nie pamiętam. Chyba nie widziałam...
Mówiła prawdę. Kiedy latałam przed nią, ona PATRZYŁA, ale NIE WIDZIAŁA. 



Może skrzydlate istoty kobiety takie jak: Lilith i Izis są symbolami tej świadomości, która "umie latać"... czyli nie tylko PATRZY, ale także WIDZI rzeczy i sytuacje, jakimi one są naprawdę, a nie jakimi nam się wydają być... One widzą, ponieważ ich wzrok przenika przez mgłę zasłony Zamglonego Lustra...







czwartek, 17 maja 2012

BOMBA i POKÓJ

Łąka. 



Jestem z piesą Karuną na spacerze. Nagle w dali, między koronami drzew zobaczyłam ogień wybuchającej bomby i usłyszałam jakiś dziwny dźwięk. Usiadłam na trawie. Obok Karuna. Powiedziałam do niej w myślach: spokojnie. 

Przeleciała mi przez głowę myśl, że jeśli to jest bomba atomowa, to nas przeniknie fala, a my znikniemy. Zwróciłam się do swojego wnętrza i ... skupienie, koncentracja...
Istnienie jest wieczne, nieskończone... Jestem wolnością, jestem miłością, jestem ufnością i obfitością...
Klik.

Znów jestem w innym miejscu, na podwórzu przed jakimś domem. I znów widzę wybuch i słyszę ten sam dziwny dźwięk. Znów siadam na trawie, zwracam się do swojego wnętrza. Skupienie i koncentracja... I obudziłam się.


A może ten rozbłysk był jakimś wybuchem Słońca?

sobota, 5 maja 2012

MEDYTACJA W CENTRUM SŁONCA

To właściwie wizja w medytacji...



Znalazłam się we wnętrzu Słońca. W samym centrum. Byłam bardzo skupiona, skoncentrowana, właściwie to... zogniskowana. Miałam połączenie z Łonem Galatyki - Słońcem, którego wnętrze, podobnie, jak naszego jest Ciemne. Nie wiedziałam, w którym Słońcu JESTEM, czy tym "naszym" czy Galaktycznym Łonie, ale czuł.am je jakby pulsowały naprzemiennie... Czułam przepływającą przeze mnie energię o różnych częstotliwosciach. Wokół mnie krążyła energia podobna do Wielkiej Trąby Powietrznej, która zbierala z Przestrzeni różne... "stare śmieci", wzorce myślowe, idee, przekonania i "nasiona"...   Czułam wielka obfitość Jej zawartości. Czułam, jak tę Trąbę tworzą cztery wiatry płynące z czterech kierunków i zawijające się i łączące się spiralnie ze sobą w Trąbie. Zwężona - najcieńsza część Trąby powietrznej kończyła się we mnie. Czułam miłość, najpiękniejszą ze wszystkich "boskich" kreacji. To była ewidentnie żeńska, Pramatczyna energia. Czułam, jak to wszystko, co zbiera Trąba, transformuje się we mnie na najczystszą miłość wszechogarniającą. Czułam nieskończony przepływ miłości i światła, które nie miało blasku. Czułam w sobie, stwarzałam w sobie i wokół siebie Przestrzeń połączenia z nieskończonym przepływem miłości. Promieniowała ze mnie energia, która na obrzeżach kuli, w której się znajdowałam, wybuchała blaskiem ognia. Ten ogień był ewidentnie męską energią, energią Ojca.

Doświadczałam ogromnej, intensywnej Transformacji. Moje ciało wibrowało dźwiękami i zaczęłam śpiewać. Nigdy wcześniej nie wydawałam z siebie takich dźwięków. Zrozumiałam i czułam energię, jaką podwójna Istota Słoneczna dostarcza dla Ziemi i innych planet, jak tworzy i płodzi życie. Doświadczałam totalnej ufności i wdzięczności. Energia Słońca dawała Przebudzenie nowego zrozumienia.

Czułam jak nasze Słońce łączy się ze Słońcem Galaktycznym - sercem, centrum naszej Galaktyki. Pulsowały oba, a ja raz byłam w jednym, a raz w drugim. I czułam chwilami, jakbym w obu była jednocześnie...

Przyszła do mnie pieśń...
Yum, Yum, Yum, Yumeni, WI-SAN... (łi-san)



sobota, 7 stycznia 2012

SPIRALNA MANDALA Z PŁATKÓW


Robiłam na jakąś ceremonię czy medytację ołtarz - maskę Ziemi. Chciałam zrobić z zaznaczeniem czterech kierunków i kolorów oraz świetym centrum. Miałam cztery kolory kwiatow. Te kwiaty były spore i płatki miały jak duże róże. Zdjęlam płatki kwiatów i zaczęłam układać te płatki w tęczową spiralę. Zaczełam chyba od czerwonego, potem żólty, potem… zielony liść, następnie biały płatek i fioletow-różowy… i znów, czerwony, żóły, zielony, biały i fioletoworóżowy… Z tej wielkiej spirali utworzyła się piękna mandala…

Dokładnie pamietałam ten sen i po kilku dniach zrobiłam taką mandalę z prawdziwych kwiatow… była piękna.

dopisek:
I zaczęłam potem robić takie mandale, a potem jeszcze inne:














wtorek, 13 września 2011

ZMIANA WIBRACJI

Początek września tego roku... tę wizję miałam, kiedy siedziałam w nocy na ziemi z bosymi stopami. Kilkanaście metrów ode mnie było ognisko, ale potrzebowałam być sama. Medytowałam. Ktoś z przyjaciół wówczas podszedł do mnie i zapytał, czy przynieść mi skarpetki, bo noc była dosyć chłodna. Ale podziękowałam i odmówiłam, ponieważ wiedziałam, że jeśli bym założyła wówczas skarpetki, to straciłabym to głębokie połączenie z Ziemią, jakie miałam. Odniosłam wrażenie jakby znikło moje ciało. Co ciekawe, widziałam światło kolorowych punkcików korali na szyi, które sama "utkałam" i niektóre wzory z muszelek na mojej tybetańskiej spódnicy... Reszta ciemność. Te wzory drgały z pewną częstotliwością i zamieniły się w drgające niteczki. Moja świadomość podążyła za tymi niteczkami. "Widziałam", a może bardziej czułam - na prawdę to trudno opisać - że Ziemia miała mocną i piękną energię. Czułam te drgania i wiedziałam, że Ziemia jest połączona ze Słońcem i że współbrzmią ze sobą w pełnej harmonii. I że te wibracje łączą też planety ze sobą, a może nawet całą galaktykę... Czułam te wibracje i widziałam jak wiry, widziałam wiele wirów, które współbrzmiały w coraz większej harmonii.. Miałam odczucie, jakby to był jakiś początek kosmicznego (twórczego) aktu (?) Wiedziałam, że Ziemia jest gotowa na całkiem nowe pieśni, że czeka, by je zacząć śpiewać… Czy komuś zależy, żeby te nowe pieśni się nie przejawiły, by wciąż brzmiały stare?

To pytanie już jest mało istotne. To moje pytanie nie ma już znaczenia. Bo poczułam wówczas, takie dźwięki i takie wibracje, jakich wcześniej nigdy jeszcze nie czułam. I zaczęłam wydawać z siebie te dźwięki, i widziałam ich energie - drgania, chociaż czułam siebie, ale tak, jakbym znikła, jakbym sama stała się tą wibracją.

środa, 13 października 2010

SZKOŁY SZTUKI ŻYCIA ZAMIENIONE NA SZKOŁY SZTUK WALKI





Byłam w Szkole Sztuk Życia 


byłam w “Szkole Życia” i M. był moim nauczycielem.  I te szkoły zaczęto zamieniać w “Szkoły Walki”. Uczyliśmy się w tej szkole wielu niesamowitych umiejętności. Trochę jakby to była szkoła dla naguali. W tym śnie byłam młodym, utalentowanym mężczyzną i stosunkowo szybko “przerosłam” w wielu umiejętnościach swojego nauczyciela.
W tym czasie ktoś, kto sprawował “rządy nad tą krainą”, ktoś jak król, postanowił zamienić wszystkie takie Szkoły Sztuk Życia na Szkoły Sztuk Walki. Król chciał mieć wojowników, którzy będą dla niego zdobywać nowe tereny, nowe bogactwa itp. Potrzebował jak największej ilości sprawnych wojowników i… morderców.

Król wydał rozkaz i owe szkoły - klasztory miały zostać przygotowane na zmianę "profilu". Wówczas M. zaproponował mi, żebym został nauczycielem w takiej szkole, ale ja odmówiłem tłumacząc mu z całym należnym mu szacunkiem, że moja ścieżka jest inna. Nie zamierzam nikogo zabijać ani uczyć zabijania. On nie chciał przyjąć mojej odmowy i długo ze mną rozmawiał próbując używać różnych argumentów. W pewnym momencie z miłością w sercu, chociaż stanowczo powiedziałem, że w takim razie odchodzę; odmówiłem nauczania zabijania. 

W nocy M. zakradł się do pokoju, w którym spałem i chciał mnie zabić. Ale ja na moment wcześniej przebudziłem się i usłyszałem, że ktoś wszedł. Czekałem leżąc w łóżku na rozwój sytuacji. M. starał się cicho podejść jak najbliżej i gdy podniósł rękę z nożem w dłoni, by mnie zaatakować, odepchnąłem go, sięgnąłem po kij leżacy pod moim łóżkiem i zacząłem się bronić. W pewnym momencie M. znalazł się na podłodze, a mój kij był na jego gardle. Wystarczyłoby jedno mocne pchnięcie... Ale nie zrobiłem tego. Powiedziałem, że nie zabiję go, że kocham go, ale odchodzę. I że może kiedyś spotkamy się na ścieżce wolności i miłości. 

I odszedłem.

Ten sen był dłuższy, ale dla mnie ten fragment był najważniejszy. Oto ciąg dalszy tego snu:


Podróżowałem długo. Podążałem w kierunku dżungli. Na swojej drodze spotykałem wiele podobnych sobie (kobiety i mężczyzn). Zaczęło nas coraz więcej dołączać się. Podróżowaliśmy razem wiedząc, że podążamy do celu, miejsca gdzieś ukrytego w dżungli… Wylądowaliśmy któregoś dnia wszyscy razem w dżungli i natrafiliśmy na piękne miejsce, w którym było miasto. W tym mieście żyli ludzie o niesamowitych umiejętnościach…. Któregoś dnia wszyscy "odeszliśmy" razem… znikliśmy... "zdematerializowaliśmy się"...

koniec snu.

Możesz sobie wyobrazić, jaki szok przeżyłam pewnego dnia, kiedy przeczytałam parę miesięcy później o odkryciu w dżungli, (bodajże w Brazylii, ale teraz już nie pamiętam, bo nie zanotowałam sobie tej informacji) miasta, w którym… nie było żadnych grobów. A wszelkie przedmioty użytkowe były tak pozostawione, jakby nagle wszyscy mieszkańcy jednego dnia opuścili to miasto. Jakby nagle znikli. Jeszcze dziś na samo przypomnienie o tym fakcie przechodzi przez moje ciało fala “gorącej” energii…


niedziela, 10 października 2010

Pożegnanie z mamą

A mama już nie żyje. Dopiero w rok po jej śmierci, w jednym ze snów udało mi się z nią pożegnać serdecznie i czule, w miłości. Ten sen: Ja byłam sobą w wieku takim, jakim jestem, ale moja mama była małą 7. albo 8.letnią dziewczynką i to ja wzięłam ją na ręce, tuliłam czule i mówiłam, że ją kocham. Potem obok nas pojawił się anioł. Aniołem, a właściwie anielicą, okazała się być kiedyś starsza o dwa lata siostra mojej mamy, która umarła mając osiem lat. Jednak jako anioł przejawiła się w postaci "osoby dorosłej". I - o dziwo - mama od razu ją rozpoznała jako swoją siostrę Marysię.

Wzięłyśmy się wszystkie za ręce i tańczyłyśmy taniec w powietrzu, jakbyśmy stały się wstążką wywijającą spirale i esy floresy w kosmicznym pląsie. Potem znów wróciłyśmy do swoich postaci z początku snu.

Anioł i dziewczynka trzymając się za ręce odchodziły w świetlistą dal... Patrzyłam jak się oddalają coraz bardziej. Dziewczynka aż podskakiwała z radości. Ja zostałam.I powędrowała sobie w stronę światła.

________________________________________________________________________

A tata? Dla taty teraz najważniejsze w naszych relacjach jest to, żebym była szczęśliwa, Piękne, prawda?

Znam dużo dzieci, które są traktowane tak, jak są, a wiemy, że mogłyby być traktowane inaczej. I myślę sobie, że wszystkie dzieci są urocze, inteligentne, kontaktowe, wrażliwe i dobre. Jeśli zaś są inne, to nauczyły się tej inności w szkole życia. Najczęściej od rodziców albo innych dorosłych.