środa, 10 lutego 2010

SEN o SPIRALI

Widziałam symbol jedności. Była to jakby spirala, ale nie płaska. To była spirala stożkowa, była wielowymiarowa. 
Jako płaską można by ją przedstawić jako spiralę, której środek połączony jest linią prostą z końcem zewnętrznym spirali.
Kiedy jednak patrzyłam na całość, wtedy widziałam jednocześnie różne kierunki i sposoby poruszania się i działania przestrzennego i czasowego: liniowy i spiralny, do wewnątrz i na zewnątrz, elektro-magnetyczny… Spirala ma dwa kierunki i wcale nie mam na myśli jej prawo i lewoskrętności, lecz: do środka i na zewnątrz. 

Do środka:
Wolność, Miłość, Wolna Wola.
Od środka:
Wolna Wola, Miłość, Wolność.

I w tym wszystkim była i jest jeszcze JEDNOCZESNOŚĆ.


Taka spirala, jak na zdjęciu powyżej znajduje się w środku torusa:



A tu transformacja torusa w podwójną sferę oraz transformacja podwójnej sfery w torusa:


poniedziałek, 18 stycznia 2010

NIEBIESKA ISTOTA I PROWADZENIE KOSMICZNEGO STATKU


Na obrazku Surya Varuna - boska istota, 4 z 12. boskich SŁOŃC. Ten obrazek znalazłam dzisiaj czyli 11.11.12 na stronie: http://www.harekrsna.de/surya/12adityas.htm

Znalazłam się we wnętrzu statku kosmicznego, w którym znajdowała się istota podobna kobiecie, ale wiedziałam, że ona była jakby "częścią tego statku".
Jej skóra miała piękny odcień  niebieski "powlekany" cienką warstwą złota opalizującego tęczowo.
Za moją zgodą wstrzykiwała mi płyn w żyłę na dłoni - wierzchniej części. Płyn miał podobną barwę intensywno-niebieską, a w nim była zawarta wiedza między innymi o sposobie prowadzenia statku kosmicznego.

Istota ta uprzedziła mnie, że cała dawka wprowadzona do organizmu za jednym razem mogłaby spowodować zbyt duże przeciążenia, dlatego miałam dać jej sygnał, kiedy poczuję ból. I tak się stało. Wtedy istota natychmiast przerwała iniekcję i przekazała mi wiadomość telepatycznie (nie używając mowy), że następną dawkę płynu (i wiedzy) otrzymam w odpowiednim czasie, gdy będę gotowa.

Potem usiadłam przy blacie "sterowniczym", który z kolei wyglądał jak tafla z białego kryształu, położyłam na nim dłonie i wiedziałam, że kierowanie tym statkiem będzie się odbywało za pomocą woli.

Ten sen wydawał się bardzo realny. Po przebudzeniu wszystko pamiętałam bardzo dokładnie i czułam, jakbym nagle została "przerzucona" z jednej realnej bardzo rzeczywistości do drugiej.


niedziela, 10 stycznia 2010

NAUKA LATANIA WE ŚNIE




Na początku latania uczyłam się we śnie. Przez kilka lat we snach pływałam w powietrzu tak zwaną "żabką". Ojciec nauczył mnie pływać na jawie, gdy miałam najwyżej sześć lat. Przepłynęłam wtedy razem z nim rzekę Bóg.

Potem miałam sen, w którym latająca kula z czymś w rodzaju skrzydeł (coś podobnego widziałam po latach jako latającą złotą piłkę w filmie o Harrym Porterze) zaprosiła mnie do nauki latania. Złapałam ją za "skrzydła". Najpierw mocno szarpała, ale nagle przyszła do mnie wiedza, że mogę kulą kierować przy pomocy mojej świadomości. No i zaczęło się: latałam we wszystkie możliwe strony, z różnymi prędkościami, w pełni kontrolując lot.

Jeszcze nigdy nie latałam sama poza snem. Samolotami, owszem, ale żadnego nie prowadziłam.

Następnie latałam już w snach bez pomocy kuli, tak po prostu, świadomie, jak czasem duchy w filmach dla dzieci.

Potem z kolei byłam przygotowywana do prowadzenia statku kosmicznego. Nie było żadnych przyrządów sterowniczych prócz mlecznego, jakby szklanego blatu, na którym należało położyć dłonie i prowadzić statek kosmiczny siłą woli. To też we śnie. Wiem, że już umiem latać statkami kosmicznymi. Czekam cierpliwie na odpowiedni moment. Może "Korab" kosmiczny to będzie... :-) (*)

 A ostatnio znów innego latania nauczyłam się we śnie. Szłam sobie krętą ścieżką górską w bardzo wysokich górach. Powyżej czterech tysięcy metrów nad poziomem morza. Podeszłam do skraju tej drogi i w dole zobaczyłam strome ściany wąwozu, głębokiego na jakieś tysiąc metrów. Odbiłam się stopami od krawędzi urwiska i nagle poleciałam. Najpierw w dół, a potem w górę. Szybowałam raz w dół, raz w górę wąwozu tak, jak szybują najszybsze ptaki. W pewnej chwili jednak spowolniłam swój lot i przysiadłam na długiej gałęzi pokrytej kilkoma zaledwie liśćmi. Wystawała ona trochę zadziornie ze ściany urwiska. Poczułam, jak trzepocząc skrzydłami składam je wzdłuż tułowia. Trochę mało płynny zdawał mi się ten ruch. A gałąź w tym czasie lekko się zakołysała. Ledwo, ledwo... leciuteńko. Był to mój pierwszy lot jako... orła.


dodane
(*) Dziś (2013 rok)  już wiem, co to znaczyło...

Pomogłam niedzwiedziowi

 Kiedyś zaopiekowałam się dzikim niedźwiedziem, który "szalał" po centrum handlowym. Ludzie w panice uciekali przerażeni, ale ktoś był na tyle przytomny, że wezwał jakieś odpowiednie "służby porządkowe". Przedstawiciele tych służb po pojawieniu się na miejscu zastanawiali się, czy "potwora" uśpić i wywieźć gdzieś, czy raczej zastrzelić na miejscu. A ja w tym czasie - mimo licznych protestów i ostrzeżeń - podeszłam do zwierzęcia, zaczęłam z nim rozmawiać i wytłumaczyłam mu, że będzie lepiej dla nas obojga, jeżeli na chwilę pozwoli mi założyć sobie coś w rodzaju obroży i wyprowadzić się. Zwierzę pozwoliło i wyszłam z nim stamtąd prowadząc je "na smyczy"; była to tylko nasza umowa. 

Potem zostaliśmy przyjaciółmi.

wtorek, 29 grudnia 2009

O statku kontenerowcu


Znalazłam się na jakiejś pustyni... Byłam niewidzialna. Obserwowałam grupkę ludzi, którzy przygotowywali się do przyjęcia statku kosmicznego. Wyglądało na to, że też czekałam wraz z nimi na przylot tego statku kosmicznego, ale, że jestem niewidzialna dla tych ludzi. Obserwowałam ich. Kiedy próbowałam się do nich zbliżyć i może jakoś z nimi porozumieć, zachowywali się tak, jakby mnie nie widzieli ani nie rejestrowali mojej obecności. 

Po pewnym czasie przyleciał ogromny statek - kontenerowiec. Jego część zniknęła w podziemiach. Zeszłam na dół i weszłam do środka. Tu też byłam niewidzialna. Wnętrze było naprawdę imponujące i ogromne z równie ogromnymi półkami. W pewnym momencie jedna z półek zaczęła się wysuwać i zobaczyłam na niej całą plantację nieznanych roślin. Półka przesuwała się z ładunkiem wolno w dół coraz niżej i niżej. W podziemiach znajdował się magazyn. Zobaczyłam następną półkę powoli wysuwającą się najpierw w moim kierunku, a później w dół. Ta półka była wypełniona "trawnikiem" albo raczej łąką kolejnych nowych roślin z pasącymi się na niej zwierzętami, które przypominały trochę świnki skrzyżowane z psami (???) Inaczej nie umiem tego opisać.

Otrzymałam informacje, że jest to transport nowych roślin i zwierząt, że zwierzęta te są tylko i wyłącznie roślinożerne, i że jedynie rośliny zgodziły się, by być pożywieniem dla innych zwierząt i istot 
Nowe gatunki zwierząt były wyłącznie roślinożerne.

Dowiedziałam się, że te wszystkie nowe gatunki roślin i zwierząt są gotowe do zasiedlenia Ziemi. I stanie się to wkrótce, gdy większość ludzi osiągnie, nowy w ewolucji ludzkości, poziom świadomości...

Gdy byłam w tych podziemiach widziałam CZŁOWIEKA - RAKA! Widziałam RAKA, tak, ale był czerwony i wysokości człowieka i chodził jak człowiek. Bardzo byłam wówczas zdziwiona, że mam takie "odjechanie sny czasami". Ale teraz ma to zupełnie inny kontekst... 

Jeden z pracowników w podziemiach widząc tego Raka zażartował sobie i powiedział coś w rodzaju: "o, jakie dorodne jedzonko". Wówczas ten Rak zwrócił się do tego człowieka i powiedział do niego (wiem, że użył telepatii): "nie będzie już jedzenia żadnych istot. Tylko rośliny poświęciły się i będą zasilać istoty ziemskie swoją energią. A gdyby ktoś zabił lub zjadł jakąkolwiek inną istotę niż rośliny, zostanie zabity lub zjedzony przez te istoty. Takie jest kosmiczne prawo.










niedziela, 13 grudnia 2009

Świat kradzieży energii życia i wyjście z niego

Żyłam na innej planecie, byłam dziwną istotą w świecie, gdzie panowało takie prawo, że jedni polowali na drugich. Możliwość była więc taka, że polowało się na innych, żeby ich zabić i „zjeść”, a raczej pochłonąć po to, by zdobyć energię na dalsze „życie” (w ten sposób można było przedłużać swój byt w nieskończoność) albo było się przez innych pochłanianym. Wtedy w jakimś sensie przechodziło się w niebyt.  

Trzykrotnie podejmowałam decyzję o rezygnacji z życia w systemie "kradzieży energii" dla przetrwania. Trzeba było kraść energię innych (zabijać nawet) i pochłaniać ich, żeby móc istnieć. Więc wszyscy polowali na siebie wzajemnie. Żeby istnieć trzeba było uczestniczyć w tym polowaniu: albo uciekałam, by nie zostać ofiarą albo goniłam ofiary. Gdy uświadomiłam sobie nagle, w jakiej "grze" uczestniczę, postanowiłam wyjść z tego świata. Wiedziałam, że wówczas zapadnę się w niebyt. Tego właśnie bały się wszystkie istoty w tym świecie, dlatego uczestniczyły w tych "grach". A ja nagle zrozumiałam, że wolę rozpuścić się w niebycie niż zabijać innych po to, bym mogła istnieć i to jeszcze w tak bezsensownej gonitwie. 

Miałam świadomość, że jeśli przestanę polować, to zaniknę w niebycie, bo tak już dosyć miałam tych polowań, że owe zaniknięcie przestało być dla mnie przerażające.  

Podjęłam decyzję, że nie będę polować na innych i będę się ukrywać, by nikt nie mógł zapolować na mnie. Czułam, jak się rozpuszczam powoli, zanikam. Ale nie zmieniłam swojej decyzji do ostatniej chwili. Rozpuszczałam się... zanikałam... Znikłam... Przestałam istnieć. Ale co dziwne, nie straciłam świadomości. Mimo, że przestałam istnieć w poprzedniej formie, wiedziałam, że w owym "niebycie" istnieję, tylko bez jakiejkolwiek formy. Jakby "moja" świadomość była umieszczona w punkcie jednocześnie rozciągniętym w nieskończonej przestrzeni... I nagle otrzymałam nowe życie w tym samym świecie.

Tym razem od razu podjęłam tę samą decyzję i znów czułam, jak zanikam i rozpuszczam się w niebycie. Nagle poczułam, że istnieję, chociaż nie mam żadnej formy, którą w jakikolwiek sposób, poprzez jakąkolwiek percepcje mogłabym uchwycić. I przeleciałam przez jakiś tunel i znów znalazłam się - po raz trzeci - w tym samym świecie. 

I znów, po raz trzeci podjęłam tę samą decyzję. Tym jednak razem, po zaniknięciu w niebyt bez kształtu , bez istnienia, okazało się, że w jakiejś formie istnieję, ponieważ dotarła do mnie informacja, że jako skutek mojego postanowienia otrzymałam obecne życie na Ziemi. Czy chodzi o to tu i teraz życie? Nie mam pewności. 



Ten sen jest dla mnie jednym z ważniejszych moich snów. Niesie dla mnie bardzo istotną informację.

czwartek, 10 grudnia 2009

Kolejna śmierć


Byłam w obcym mieszkaniu, w gościach, gdzie znajdowało się sporo ludzi, znajomych i nieznajomych. Akurat stałam w przedpokoju, gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Podeszłam, by je otworzyć. Zamknięte były na łańcuch - zawleczkę łańcuchową (jak to dawniej bywało). Otworzyłam -uchyliłam drzwi, lecz nie odblokowałam łańcucha. Dostrzegłam za drzwiami mężczyznę, który jednym zdecydowanym pchnięciem otworzył drzwi zrywając łańcuchowe zabezpieczenie. Stanął przede mną z nożem w ręku i dżgnął mnie tym nożem. Spojrzałam na niego i powiedziałam:
Wybaczam Ci. I kocham Cię. Nie rozumiem, czemu to zrobiłeś, ale w tej chwili nie ma to znaczenia.
Mężczyzna był tak zaskoczony moją reakcją, że zobaczyłam w jego oczach jeszcze większe przerażenie. I zaczął wymierzać cios za ciosem raniąc głęboko moje ciało.

Powoli, oparta o ścianę przesuwałam się w kierunku podłogi, ale mówiłam do niego:
- Nie szkodzi. Nie ma znaczenia w jaki sposób umieram... Kocham Cię... i wybaczam Ci.
I osuwając się na podłogę czułam ciepło rozlewające się w moim ciele. Nie czułam bólu czy cierpienia. Byłam szczęśliwa, że nie poddałam się ani przerażeniu, ani rozpaczy, ani nienawiści. Byłam miłością.

A gdy się obudziłam, miałam odczucie radości "z dobrze zdanego egzaminu"...