wtorek, 3 kwietnia 2007

EKSPERYMENT Z PIÓRAMI


3 kwietnia 2007
Byłam w pomieszczeniu, w którym jeden mężczyzna leżał na łóżku szpitalnym, a drugi stał obok i temu leżącemu wyrywał z głowy ptasie pióra. Obserwowałam tę sytuację. Leżący mężczyzna brał udział w jakimś eksperymencie, który miał miejsce Stanach Zjednoczonych. Kilka osób zgłosiło się dobrowolnie do tego eksperymentu, ale wyglądało na to, że są całkowicie zszokowani wynikami tego eksperymentu, że zamiast włosów na głowie (o to chyba chodziło w eksperymencie), na ich ciałach pojawiły się kolorowe ptasie pióra. A ja trafiłam tam na moment wyrywania tych kolorowych ptasich piór z głowy jednego z uczestników tego eksperymentu.

środa, 7 lutego 2007

ZE ŚWIATA DO ŚWIATA


7 luty 2007
Podziemia, coś, co przypominało mi albo kojarzyło się z cmentarzyskiem. Rozwiązywałam jakieś supły karmiczne, ale nie tylko moje. Potem wyszłam.  Zdawałam jakieś "egzaminy" i przechodziłam jak z klasy do klasy… ze świata do świata…

czwartek, 1 lutego 2007

RÓŻNE PRZESTRZENIE


1 luty 2007
Dziwny sen – trochę metafizyczny.
Nie wiem, jak go opisać… Wynikało z tego snu, że każdą sytuację można rozpatrywać co najmniej na trzy sposoby w trzech różnych przestrzeniach (o innej wymiarowości) i z różnych płaszczyzn odniesienia.
Jeden wynika z uwzględnienia pojęcia linearnego czasu względem danej przestrzeni.
Drugi wynika z kwantowego podejścia, w którym nie widać czasowych powiązań skutków z przyczyną, a bardziej widoczne są powiązania (relacje) przestrzenne.
Trzeci jest wielopłaszczyznowy, w którym można dostrzec powiązania struktur sytuacji pozornie w ogóle ze sobą nie sprzężonych, a jednak mających ze sobą ścisły związek. W takim przypadku czasoprzestrzeń musi być zatrzymana.

wtorek, 17 października 2006

2005 - 2006

25. lipiec 2005
Jakieś dzikie, piękne krajobrazy (skojarzenie z Afryką). Rzeka lub raczej strumień spływający kaskadami kamiennymi. Tworzył w dole wielkie rozlewisko porośnięte wodorostami i bogatą roślinnością. Nagle wszystko widzę obsypane śniegiem. Na bosaka idę po tym śniegu gdzieniegdzie topniejącym. W takich miejscach odsłaniały się kamienie i było widać płynącą wodę. Kiedy przeszłam na drugi brzeg, wróciłam. Czułam radość z chodzenia boso po śniegu, po ośnieżonych kamieniach, które czasem poruszały się pod moimi stopami i sprawiały, że ten spacer nie wyglądał na bezpieczny. Nieśmiało weszłam do głębszej części i zaczęłam pływać w rozlewisku w kształcie małego jeziora. Pływałam coraz śmielej i radośniej. To było cudowne uczucie. Rozgarniałam rękoma zarośla i płynęłam dalej.

03. wrzesień 2005
Spacerowałam za kulisami jakiejś sceny wśród gospodarczych budynków i bardzo dziwnej architektury, pięknych pejzaży. Płynęłam statkiem po wodzie i leciałam samolotem nad ziemią. Wróciłam na koncert. Na scenę wyszła cala grupa chórzystów. Ja razem z nimi Śpiewaliśmy pieśń, której nie znam, a którą improwizowałam – śpiewałam z serca. W pewnym momencie chór zamilkł i dalszą część śpiewałam sama. Scena stała się wyżyną, po której szłam do przodu i śpiewałam. To była pieśń wszechogarniającej miłości. Przede mną rozciągał się piękny krajobraz z dolinami, górami, wodą, nad którą unosiła się poranna mgła, Chwila przed wschodem Słońca. Świt.

28. wrzesień 2005
Śnił mi się Klan Czarownic – kobiet, które miały wielką moc i były wieczne. Wymyśliłyśmy, że jedna z nas będzie śmiercią, która będzie sprawiać, że każda z nas będzie żyła przez jakiś czas i umierała wtedy, gdy przyjdzie na nią czas, a reszta będzie jej towarzyszyła przy umieraniu tworząc dla tej umierającej coś w rodzaju „grupy wsparcia”. Potem inni także tego doświadczenia zapragnęli.

02. październik 2005
Jeździłam na pięknym koniu. Przemierzałam wraz z nim ogromne przestrzenie lasu i stepu. Wróciłam do miejsca, w którym zostawiłam konia na rozstaju dróg przy jakiejś osadzie. Koń sam wracał do stajni. Któregoś dnia spostrzegłam czerwoną rankę na szyi konia, więc podjechałam z nim do stajni. Czekałam chwilę na opiekuna konia. Gdy przyszedł, stwierdził, że to bardzo powierzchowna ranka, może nawet od liścia. Koń sam wszedł do środka stajni. Wychodząc widziałam kilka początkujących kobiet-amazonek. Miały na sobie suknie z lnu lub płótna.

10. listopad 2005
Leciałam samolotem, kołowaliśmy nad ulicami jakiegoś miasta, a potem lecieliśmy nad łąkami. Wylądowaliśmy. Zorientowałam się, że jesteśmy w Niemczech. Odeszłam od samolotu i weszłam do magazynu-hangaru, w którym ludzie mieli zainstalowaną skomplikowaną aparaturę - syntezatory dźwiękowe i poszukują odpowiednich dźwięków do porozumiewania się z jakąś obcą cywilizacją. W hangarze było dużo ludzi. Część z nich wygląda na bardzo eleganckich VIPów; kobiety i mężczyźni. Siedzą na konstrukcji podobnej do amfiteatralnej widowni. Jacyś ludzie w dziwnych kombinezonach rozmawiają z ludźmi i wiem, że szukają ochotników, którzy są gotowi na spotkanie i polecą w nieznane zabrani przez statek kosmiczny, który ma przylecieć tego dnia na boisko stadionu, który znajduje się niedaleko. Coraz więcej ludzi się zgłasza.

19. listopad 2005
Leżę na piasku na plaży nad oceanem. Piasek jest ciepły. Od morza wieje delikatny wiatr. Czuję zapach wody. Moje ciało ogrzewa Słońce. Hen, wysoko, na niebie latają dwie mewy. Nagle pojawił się na niebie orzeł. Mewy odleciały, a orzeł zakołował, zniżał się coraz bardziej i przysiadł niedaleko mnie na piasku. Podszedł i stanął na mojej dłoni. Poczułam wielkie szczęście i wdzięczność. Orzeł zaczął swoim dziobem masować moje ciało, jakby zdejmował z moich oczu, policzków, twarzy, tułowia, rąk i nóg, jakieś niewidoczne paprochy. Czułam wielkie wzruszenie. Płakałam ze szczęścia i wdzięczności. Potem położył się na moim łonie, a później przedreptał i przysiadł na klatce piersiowej, na sercu i jeszcze wrócił na łono. Gdy mu podziękowałam, rozpostarł swoje skrzydła i przykrył całe moje ciało. Potem zszedł, a ja obróciłam się i położyłam na brzuchu. Orzeł znów wszedł na mnie i przykrył mnie swoimi skrzydłami. Płakałam ze szczęścia, wzruszenia i wdzięczności za to oczyszczenie.

2. grudzień 2005
Podszedł do mnie lekarz z wynikami moich badań – było to coś w rodzaju wielkiej kliszy z prześwietlenia jakby zdjęcie rentgenowskie całego mojego ciała. Na poziomie gardła, serca i podbrzusza były widoczne białe plamy. Pan doktor nazwał je dziurami i był zaskoczony, że mając takie dziury, jeszcze żyję. Kazał powtórzyć badanie. Kolejne zdjęcie było identyczne, a pan doktor stwierdził, że to niemożliwe i nieprawdopodobne, że z takimi wynikami badań jeszcze żyję. Odpowiedziałam mu: no widzi pan, a jednak cuda się zdarzają.

16.grudnia umarła moja mama.

29.  grudzień 2005
Wchodziłam do podziemnej krainy uznanej za krainę śmierci. Za pierwszym razem mnie nie przyjęli, bo nie miałam odpowiednich „dokumentów energetycznych”, ale po drodze do wyjścia widziałam wiele różnych sytuacji, a w nich ludzi, którzy nie rozumieli, że umarli. Widziałam ludzi (ich hologramy energetyczne), którzy byli wysyłani na różne poziomy, do różnych przestrzeni oraz ludzi, którzy bali się piekła albo nieba albo czegoś nieznanego, co ich czeka… chociaż nie było tam nieba ani piekła, jakie tu na Ziemi sobie wyobrażamy.

Za drugim razem zeszłam głębiej i zwiedzałam „graniczne” tereny. Wejście znajdowało się zawsze na wprost, ale żeby wrócić do wyjścia, musiałam przejść przez długi korytarz skręcający w lewo. W podziemiach była „noc” czyli totalna ciemność i martwota i nikogo ani nic nie widziałam prócz tunelu. Przeszłam jakiś kawałek drogi i dosyć szybko wyszłam przesuwając się długim korytarzem. Przy wyjściu strażnicy spali z otwartymi oczami.

Za trzecim razem weszłam głębiej. Znalazłam leżące na ziemi niemowlę, Miało na głowie sporego guza i ranę. Wzięłam to dziecko, przytuliłam. Ktoś lub coś mi powiedziało, że mogę to dziecko uratować, że może dostać ono drugą szansę. Przytuliłam to dziecko do swojego serca i niosąc zakrywałam je przed strażnikami, których spotykałam na swej drodze od czasu do czasu w tunelu, a zwłaszcza przy wyjściu mijałam. Byłam jednak niewidoczna. Strażnicy nie zwracali na mnie uwagi, chociaż widziałam, że niektórzy patrzyli na mnie, w każdym razie w moją stronę.

05. marzec 2006
Podróż. Leciałam przez tunel światła. Znalazłam się w podziemiach – przestrzeni umarłych. Wybierałam „karteczki z instrukcjami” na nowe wcielenie. Otrzymałam szczęśliwe życie w radości, dostatku… było tam słowo, którego nie zrozumiałam albo nie zapamiętałam. I jakieś zadanie do wykonania. Wychodząc przez tunel skręcający w lewo miałam otrzymać kogoś jako „partnera” do tego zadania. Okazało się, że będę mężczyzną w przyszłym wcieleniu. Już prawie wychodząc zadałam jeszcze pytanie: Czy będę naukowcem? Nie otrzymałam odpowiedzi. Przechodząc, chociaż nie idąc, lecz raczej przesuwając się ciut nad podłożem tunelu, patrzyłam na ludzi. Niektórzy leżeli jakby ciężko chorzy w stanie agonalnym. Dużo mężczyzn. Zbliżałam się do wyjścia. Nie dowiedziałam się nic o tej osobie, która miała być przydzielona razem ze mną do tego zadania, którego w zasadzie nie znałam; dopiero w przyszłości miałam je rozpoznać. Chyba usłyszałam w ostatniej chwili, że to może być dziecko. Jakie? – krzyknęłam. Nie mam pewności, czy to była odpowiedź, którą usłyszałam… wewnętrzne? Byłam szczęśliwa, że otrzymałam nowe życie.

24. wrzesień 2006
Śniły mi się różne poziomy dodatkowych wymiarów. Na tych poziomach były zapisane różne informacje, na jednym poziomie jakieś sytuacje i zdarzenia. A na innym poziomie myśli, a na jeszcze innym wzory geometryczne (symbole?), a na jeszcze innym abstrakty-artefakty(?). Przeskakiwałam w tej sieci z jednego zapisu do drugiego z jednej wymiarowości do innej albo te przestrzenie i informacje „przylatywały” do mnie. Widziałam zmienną „skalarność” wymiarów, która polega na tym, że obiekty, zjawiska mogą się przenikać w wyższej wymiarowości, chociaż na każdej danej płaszczyźnie wyglądają bardzo realnie i w zasadzie jak „fizyczne”. Można było postrzegać te światy zmieniając percepcję, ale zachowując świadomość przenikania z jednego poziomu na inny (z jednej wymiarowości do innej).. Informacje mogą znajdować się w różnych wymiarach i łączą się ze sobą w jednym tworząc nowy rodzaj zjawiska - świadomości.

28. wrzesień 2006
Byłam w domu sama. Gdzieś nastąpił wybuch nuklearny. Siedziałam i zastanawiałam się co zrobić. Telefony oczywiście nie działały i z nikim nie mogłam się skontaktować. Wokół było ciemno. Zaczął padać deszcz. Wiedziałam, że ten deszcz jest radioaktywny. Po ulicy jeździł samochód z reflektorami „szperaczami”. Jakieś służby specjalne jeździły. Wiedziałam, że  szukają żywych ludzi, ale nie wiem czy w celu ewakuowania czy po to, żeby ich zabić. Siedziałam w ciemnym salonie i czekałam. Chciało mi się pić. Bałam się napić wody z butelki, bo była napromieniowana. Zastanawiałam się, jaką dawkę przyjęło moje ciało i czy przeżyję, czy może umrę na chorobę popromienną. Pomyślałam, że w rurach może być jeszcze trochę wody nie tak bardzo napromieniowanej. Nagle poczułam, że mogę już wsiąść do samochodu i wyjechać, ale nie wiedziałam, gdzie było centrum wybuchu i w którą stronę powinnam jechać. Dziwiłam się, dlaczego żyję, skoro całe miasto jest opustoszałe?

07. październik 2006
Widziałam jak kobieta wchodziła do wody i zamieniała się w niewidzialną istotę. Wchodziła do pięknej, krystalicznie czystej rzeki. Na dnie widać było roślinność. W trakcie wchodzenia do wody, te części ciała kobiety, które znikały w wodzie, stawały się niewidzialne. Stałam bardzo blisko i dokładnie to obserwowałam. Stałam zauroczona i zachwycona, że będzie ona mogła podróżować po całym świecie, zwiedzać, poznawać cały świat taki, jaki jest i być niewidzialną. Że nikt przed nią nie będzie niczego udawał, że będzie widziała ludzi prawdziwych, tacy jacy są, a nie tacy, jakich udają… A ona już dla nikogo nie będzie ani „lustrem”, ani nikt na nią nic już nie będzie projektował, nikt nie będzie miał w stosunku do niej żadnych oczekiwań i nikt niczego już nie będzie przed nią udawał. Zapragnęłam być niewidzialna tak, jak ona. 
Wracam znad rzeki otulona szalem z owczej wełny. I widzę, że ten szal ma jakieś niesamowite właściwości: te części mojego ciała, które nim zakrywam, stają się niewidzialne. Ale ten szal jest za mały, bym mogła nim zakryć całe swoje ciało. Próbuję naciągać szal, ale bezskutecznie, bo zawsze jakaś moja część pozostaje widoczna. Bardzo mi to doskwierało. Ludzie mnie spotykali i rozpoznawali. Było mi głupio, że „czary” i szal są jakieś takie niedorobione. Ponieważ nie mogę być niewidzialna w całości. Miałam wrażenie, że niektórzy w duchu śmieją się ze mnie.

15. październik 2006
Wsiadam do samolotu, z którego będę skakać. Kiedy nadchodzi moment i zbliżam się do otwartego otworu samolotu. Okazuje się, że nie mam na sobie spadochronu. Zawahałam się. Ktoś stojący obok mówi:
A po co spadochron? To są skoki ufności.

Zastanowiłam się chwilę i wyskoczyłam. Leciałam przez jakiś czas w przestworzach aż spadłam do pewnego poziomu „krytycznej wysokości” tej, na której powinnam otworzyć spadochron, którego nie mam. Zamknęłam oczy. Ciemność. Skok ufności – myślę. Ufność – mówię. Tak, ufam. Bezgranicznie, bezwarunkowo, całkowicie ufam. I opadam. Lecę w dół aż przestałam lecieć. Zatrzymałam się. Otwieram oczy. Jestem na Ziemi. Żyję. Zaufałam i nic mi się nie stało.




niedziela, 15 października 2006

SKOK UFNOŚCI

15. październik 2006
Wsiadam do samolotu, z którego będę skakać. Kiedy nadchodzi moment i zbliżam się do otwartego otworu samolotu. Okazuje się, że nie mam na sobie spadochronu. Zawahałam się. Ktoś stojący obok mówi:
A po co spadochron? To są skoki ufności.

Zastanowiłam się chwilę i wyskoczyłam. Leciałam przez jakiś czas w przestworzach aż spadłam do pewnego poziomu „krytycznej wysokości” tej, na której powinnam otworzyć spadochron, którego nie mam. Zamknęłam oczy. Ciemność. Skok ufności – myślę. Ufność – mówię. Tak, ufam. Bezgranicznie, bezwarunkowo, całkowicie ufam. I opadam. Lecę w dół aż przestałam lecieć. Zatrzymałam się. Otwieram oczy. Jestem na Ziemi. Żyję. Zaufałam i nic mi się nie stało.

sobota, 19 listopada 2005

UZDRAWIANIE PRZEZ ORŁA

19. listopad 2005
Leżę na piasku na plaży nad oceanem. Piasek jest ciepły. Od morza wieje delikatny wiatr. Czuję zapach wody. Moje ciało ogrzewa Słońce. Hen, wysoko, na niebie latają dwie mewy. Nagle pojawił się na niebie orzeł. Mewy odleciały, a orzeł zakołował, zniżał się coraz bardziej i przysiadł niedaleko mnie na piasku. Podszedł i stanął na mojej dłoni. Poczułam wielkie szczęście i wdzięczność. Orzeł zaczął swoim dziobem masować moje ciało, jakby zdejmował z moich oczu, policzków, twarzy, tułowia, rąk i nóg, jakieś niewidoczne paprochy. Czułam wielkie wzruszenie. Płakałam ze szczęścia i wdzięczności. Potem położył się na moim łonie, a później przedreptał i przysiadł na klatce piersiowej, na sercu i jeszcze wrócił na łono. Gdy mu podziękowałam, rozpostarł swoje skrzydła i przykrył całe moje ciało. Potem zszedł, a ja obróciłam się i położyłam na brzuchu. Orzeł znów wszedł na mnie i przykrył mnie swoimi skrzydłami. Płakałam ze szczęścia, wzruszenia i wdzięczności za to oczyszczenie.

wtorek, 18 października 2005

BIAŁA OWŁOSIONA ISTOTA


18 październik 2005

Leżałam w ciemności. Otaczały mnie skały. Początkowo wydawało mi się, że leżę w kamiennym grobie. Gdy zaczęło się pojawiać światło, rozpraszało się we wnętrzu olbrzymiej jaskini – pieczary skalnej. Jej przestrzeń mogła mieć około pięciuset metrów kwadratowych. Ja leżałam na naturalnie wyżłobionej w ścianach skały półce skalnej. Pod sobą miałam legowisko z liści, traw i jakichś piór.
Stoję na zewnątrz jaskini oparta o trzymetrowy głaz. Czegoś się bałam. Spojrzałam na swoje ciało. Było całe mocno owłosione. Miałam piękny nabrzmiały brzuch. Poczułam w nim poruszające się dziecko. Zauważyłam podchodzącą do mnie starszą kobietę, która w dłoni trzymała długą dzidę. Kobieta stanęła naprzeciwko mnie i wyciągnęła dzidę w kierunku mojego brzucha. Raptownie wbiła ostrze w mój brzuch i zakręciła nią okrąg w moim brzuchu. Czułam przejmujący ból. Dlaczego ona to zrobiła? To była Stara Matka, ktoś jak najważniejsza kobieta w społeczności. Nie nadawałam się do tego plemienia, nie umiałam służyć mężczyznom, byłam niepokorna. Nie znałam języka tych istot, bo zostałam wychowana w plemieniu, w którym porozumiewaliśmy się telepatycznie, bez słów. Zostałam kiedyś porwana przez tutejszą społeczność, ale byłam wychowana jako wolna istota, a w tej społeczności panowali mężczyźni i traktowali samice jako niższy gatunek. Jedyną kobietą, która miała cokolwiek do powiedzenia była ta stara zwana Matką. To samiec, z którym ona była związana dorwał mnie któregoś dnia wraz z innymi mężczyznami i w ten sposób zostało spłodzone dziecko, które miałam w brzuchu. Stara Matka nie mogła już rodzić dzieci i czułam, że gdy mnie zabijała, zrobiła to również z zazdrości.

Osuwałam się plecami po skale na ziemię. Widziałam w swoim ciemnym, czarnym brzuchu wielką, kulistą ranę. Umierałam trzymając się za brzuch. W tym momencie nastąpił jakiś przeskok i znów znalazłam się w tej samej sytuacji – stałam oparta o wysoki głaz, patrzyłam na swoje owłosione ciało i brzuch. Podniosłam głowę i zobaczyłam stojącą przede mną starą Matkę. Postanowiłam zmienić bieg wydarzeń i zanim stara podniosła dzidę, podjęłam decyzję, że odejdę ze społeczności. Spojrzałam na nią. Porozumiewałyśmy się bez słów. Ona mnie zrozumiała i pozwoliła mi odejść. Poszłam do dżungli. Żyłam tam samotnie żywiąc się owocami, bo okolica była bardzo żyzna i było tam wiele drzew owocowych. Umościłam sobie posłanie na niskim drzewie z rozłożystymi gałęziami. Aż przyszedł dzień, w którym urodziłam swoje dziecko.

Wzięłam na ręce dziecko poszłam w kierunku pieczary. Przyczajona za drzewem obserwowałam wejście do pieczara. Była tam przed wejściem wielka półka skalna jak duży plac. Czułam, że dla mnie nie ma powrotu, ale wiedziałam, że dziecko potrzebuje żyć w społeczności... Kiedy zauważyłam, że nikogo nie ma w pobliżu, wybiegłam zza drzewa, ułożyłam dziecko przy wypalonym ognisku i uciekłam chowając się za tym samym drzewem. Widziałam, jak po jakimś czasie ktoś znalazł dziecko. I widziałam, jak przekazują to dziecko starej Matce.

Nie wróciłam już do tej pieczary przez wiele, wiele lat. Żyłam w samotności w dżungli do czasu aż przestałam być płodna, co kojarzyłam z całkowitym ustaniem miesięcznych krwawień. Postanowiłam wtedy wrócić do pieczary. Moje owłosienie było już całkiem białe. Kiedy stanęłam na placu przed jaskinią podbiegły do mnie wszystkie dzieci,  obstąpiły mnie. Kilkoro trzymało mnie za ręce i wprowadziły do wnętrza pieczary. Niektóre tuliły się do mnie i próbowały się na mnie wdrapać. Czułam, że duże wrażenie na nich robiła biel mojego futra,  że budziła ich wielkie zaufanie do mnie. Myślałam, że jedno z tych dzieci jest moje, ale nie zastanawiałam się, które. Dzieci zaprowadziły mnie na legowisko, które pamiętałam, było uznane za „honorowe” jako przeznaczone kiedyś dla osoby… starej Matki. Stara Matka już nie żyła. Dzieci zaprowadziły mnie na to „najlepsze miejsce” w jaskini. Gdy usiadłam na legowisku, dzieci nie odstępując mnie, obsiadły wokół ze wszystkich stron. W pieczarze był czas posiłku. Kobiety i mężczyźni jedli trzymając w dłoniach naczynia w kształcie łupin wielkich orzechów. W tym momencie dorosłe osobniki zaczęły wstawać powoli, zarówno kobiety jak i mężczyźni, podchodzili do mnie wolno i stawiali przede mną miski, kładli owoce i jakieś dary w postaci pokarmu. Od tej chwili, każdego dnia zawsze przy moim legowisku mogłam znaleźć jakieś pożywienie. Śmiałam się w duchu, że to wcale niepotrzebne, bo bardzo lubiłam sama zbierać w dżungli jedzenie, ale rozumiałam, że w ten sposób jest mi okazywane jakieś uczucie – powiedzmy- szacunku.

Żegnam się, ale nie żegnam, lecz tulę się z każdym dzieckiem po kolei. Mam wyruszyć w jakąś podróż. Chciałabym im powiedzieć, że nie odchodzę tym razem, że nie zostawiam ich na długo, lecz będę z nimi zawsze, kiedy tego zapragną, że będę ich odwiedzać w snach, że zawsze poprzez sny będą się mogły ze mną porozumieć… Ale one już nie rozumieją języka telepatii. Zatem tulę się i ściskam je długo, głaszczę i mruczę jakieś dźwięki…

Wyszłam z jaskini na długi spacer w góry. Szłam coraz wyżej i wyżej. Szłam coraz wolniej aż dotarłam do pięknej półki skalnej na wysokości, gdzie dochodziły śnieżne jęzory lodowca. Usiadłam. Z półki rozciągał się przepiękny widok na olbrzymią dolinę, dżunglę, a w oddali widziałam zarys innych gór po przeciwległej stronie dżungli. Siedziałam. Czułam ból w sercu. Patrzyłam na zachodzące Słońce i czułam, że to ono jest moim sercem. Poczułam, że ból w moim sercu jest gorący i w zasadzie staje się przyjemny. Zasnęłam. Umarłam.